Wszystko zaczęło się od ogłoszenia w Dzienniku Zachodnim

Był 1995 rok. Do branży telekomunikacyjnej trafiłem właściwie przez przypadek - z ogłoszenia znalezionego w „Dzienniku Zachodnim”. Poszedłem na rozmowę kwalifikacyjną i pomogło mi to, że znałem tematy techniczne, a do tego potrafiłem porozumieć się po angielsku. Zostałem przyjęty do jednej z większych wówczas spółek telekomunikacyjnych w Polsce, pracującej między innymi dla ówczesnej Telekomunikacji Polskiej.

Nie wiedziałem wtedy, że to ogłoszenie otworzy mi drogę do pracy, dzięki której przez kolejne lata przejadę Polskę, trafię do Moskwy i Irlandii, a zwykła drabina przestanie być symbolem wysokości.

Zaczęło się od gazety. Później telekomunikacja zabrała mnie znacznie dalej, niż wtedy mogłem przypuszczać.

Centrale Siemens EWSD - klocki Lego dla dorosłych

Pierwszy etap mojej pracy trwał ponad rok. Budowałem stacjonarne centrale telefoniczne Siemens EWSD. W porównaniu z tym, co miało nadejść później, była to bardzo spokojna robota: pod dachem, w cieple, niemal w papuciach. Lubiłem mówić, że przypominała składanie dużych technicznych klocków Lego.

Szafy, moduły, okablowanie i kolejne połączenia musiały stworzyć działający system. Dziś, w epoce smartfonów i transmisji danych, takie centrale są również świadectwem technologii, na której opierała się telefonia stacjonarna lat 90.

Krzysztof Piegza podczas pracy przy centrali telefonicznej w latach 90.
Praca przy wyposażeniu centrali telefonicznej - początek mojej zawodowej drogi w telekomunikacji.
Krzysztof Piegza przy szafie urządzeń telekomunikacyjnych
Telekomunikacja od środka: szafy, moduły, zasilanie i okablowanie.

Potem wyszedłem z centrali do abonentów

Kiedy etap budowy central się skończył, trafiłem do działu liniowego. Zakładałem sieci abonenckie i wykonywałem instalacje u klientów. Nadal była to techniczna, konkretna praca, ale już znacznie bardziej ruchliwa. Zamiast jednego obiektu pojawiały się kolejne adresy, przewody i problemy do rozwiązania na miejscu.

I wtedy przyszło zapotrzebowanie na budowę radiolinii. Zostałem wysłany do nowego zadania praktycznie z marszu. Wraz z nim pojawiły się delegacje, nadgodziny, inne pieniądze i zupełnie nowe perspektywy.

Radiolinie otworzyły drzwi do pracy wysokościowej

To był moment przełomowy. Telekomunikacja przestała oznaczać dla mnie wyłącznie pomieszczenia techniczne i instalacje abonenckie. Pojawiły się maszty, wieże, anteny i praca wysoko nad ziemią.

Kiedy pierwszy raz wszedłem naprawdę wysoko, odkryłem coś ważnego: wysokość mnie nie paraliżowała. Czułem się na niej dobrze. Z czasem widok z konstrukcji stał się częścią pracy - niezwykłą, ale codzienną.

Maszt telekomunikacyjny z platformami antenowymi
Maszty i konstrukcje antenowe stały się moim kolejnym miejscem pracy.
Praca wysokościowa na konstrukcji telekomunikacyjnej
Praca na konstrukcji: sprzęt, asekuracja i przewody prowadzone wysoko nad ziemią.

Kilkumiesięczny kontrakt w Moskwie

Jednym z pierwszych dużych wyjazdów był kilkumiesięczny kontrakt w Moskwie. Budowałem tam wyposażenie stacji GSM. Tym razem nie musiałem wykonywać typowych prac wysokościowych, ale sam wyjazd był dla mnie kolejnym etapem zawodowej zmiany - inny kraj, inne realia i duży projekt telekomunikacyjny.

Archiwalne zdjęcie Krzysztofa Piegzy w Moskwie
Moskwa - jeden z zagranicznych etapów mojej pracy przy telekomunikacji.

Własna firma, GSM, UMTS, 3G i 4G

Później przez wiele lat prowadziłem własną firmę. Pracowałem przede wszystkim przy infrastrukturze telefonii komórkowej. Zmieniały się generacje sieci - GSM, później UMTS, 3G i 4G - ale w terenie nadal liczyły się dokładność, sprawność techniczna i umiejętność poradzenia sobie w miejscu, w którym akurat powstawała albo była modernizowana stacja.

Zwiedziłem w ten sposób praktycznie całą Polskę. Telekomunikacja miała tę niezwykłą cechę, że prowadziła tam, gdzie normalnie nie miałbym żadnego powodu pojechać: do małych miejscowości, zakładów przemysłowych, na dachy, kominy i wieże.

Krzysztof Piegza podczas instalacji telekomunikacyjnej
Praca przy instalacji telekomunikacyjnej - teren, narzędzia i kolejne uruchomienie.
Samochód firmy świadczącej usługi wysokościowe
Własna działalność i usługi wysokościowe - jeden z etapów tej historii.

Irlandia - ta sama branża, zupełnie nowe widoki

Kolejnym rozdziałem była Irlandia, gdzie spędziłem kilka lat. Znów pracowałem przy sieciach komórkowych. Dzięki kolejnym zleceniom przejechałem praktycznie całą wyspę. Z perspektywy czasu telekomunikacja była dla mnie nie tylko zawodem. Stała się również nietypowym sposobem podróżowania.

Widziałem miasta i krajobrazy z poziomu dachów, wież i podnośników. To widoki, których nie da się kupić w bilecie turystycznym. Ale praca wysokościowa ma też drugą stronę: nie wybacza pośpiechu i nieuwagi.

Konstrukcja antenowa i okablowanie na wieży telekomunikacyjnej
Na górze liczy się każdy element: konstrukcja, przewody, mocowania i bezpieczne poruszanie się.

Chwile, których się nie zapomina

Przez lata zdarzyło mi się kilka sytuacji, które przypomniały mi, że dobre samopoczucie na wysokości nie oznacza, że można ją lekceważyć. W Limerick poleciałem około trzech metrów w dół na systemie asekuracyjnym. Pomiędzy punktem zaczepienia a mną pojawił się luz na linie - w miejscu, gdzie chwilę wcześniej stała drabina. Kiedy przekroczyłem krawędź dachu, zamiast kontrolowanego obciążenia nastąpił gwałtowny spadek. Asekuracja zadziałała, ale dla wszystkich była to chwila strachu.

Innym razem kończyliśmy budowę stacji i brakowało jednej informacji do dokumentacji: długości jumperów przy antenie. Wsiadłem do podnośnika bez uprzęży, żeby szybko podjechać na górę i podać pomiar koledze drukującemu dokumentację. Chwilę później zabrakło paliwa. Silnik Diesla się zapowietrzył, a ja zostałem w koszu kilka metrów od konstrukcji. Nie wiedzieliśmy wtedy, jak wykorzystać awaryjne opuszczanie.

Po kilku godzinach kolega wszedł na wieżę i zdołał przerzucić do mnie obciążony worek przywiązany do liny. Dzięki temu mogłem wciągnąć uprząż i sprzęt, zabezpieczyć się i zejść na linie. Dzisiaj opowiadam tę historię nie jako przykład brawury, lecz dokładnie odwrotnie. Pośpiech i pominięcie zabezpieczenia potrafią stworzyć problem tam, gdzie miało być tylko szybkie, kilkuminutowe zadanie.

Wysokość nie wybacza skrótów

Doświadczenie pomaga, ale nie zastępuje procedur, asekuracji i sprawdzenia sprzętu. Właśnie te sytuacje zapamiętuje się najlepiej.

Praca z podnośnika koszowego przy instalacji
Podnośniki koszowe były jednym z narzędzi pracy przy instalacjach i konstrukcjach.

Najwyżej w karierze - 192 metry

Najwyższym miejscem, na którym pracowałem w swojej telekomunikacyjnej karierze, był komin elektrowni w Jaworznie - około 192 metrów. Drugie miejsce zajmuje Elektrownia Rybnik - około 176 metrów. Z ziemi takie liczby są abstrakcyjne. Dopiero na górze widać, jak ogromna jest różnica między zwykłym dachem a przemysłowym kominem.

Nie traktowałem tego jak zdobywania rekordów. Była robota do wykonania, sprzęt do wniesienia lub zamontowania i trzeba było ją zrobić. Dopiero po latach te wysokości stają się punktami na mapie własnej zawodowej historii.

192 metry w Jaworznie. 176 metrów w Rybniku. Na górze nie myślało się o rekordzie - tylko o robocie.

Jak wyglądała ta praca w latach 90.

Z tamtego okresu zachował się również materiał filmowy. Dziś jest dla mnie czymś więcej niż zwykłym nagraniem - pokazuje sprzęt, ludzi i sposób pracy w telekomunikacji, która od tamtej pory zmieniła się nie do poznania.

Patrząc na te zdjęcia i nagrania po trzydziestu latach, widzę nie tylko dawne urządzenia. Widzę początek drogi, która zaczęła się od papierowego ogłoszenia w gazecie, a zaprowadziła mnie na centrale, maszty, dachy i kominy w kilku krajach.

O autorze

Krzysztof Piegza

Elektryk i twórca projektu PIEGZA.PL. Zawodowo przez lata związany również z telekomunikacją, instalacjami i pracą wysokościową. Na stronie dokumentuję miejsca, technikę i własne wspomnienia związane ze Śląskiem oraz przemysłowym krajobrazem.

Poznaj autora projektu