Wszystko zaczęło się od ogłoszenia w Dzienniku Zachodnim
Był 1995 rok. Do branży telekomunikacyjnej trafiłem właściwie przez przypadek - z ogłoszenia znalezionego w „Dzienniku Zachodnim”. Poszedłem na rozmowę kwalifikacyjną i pomogło mi to, że znałem tematy techniczne, a do tego potrafiłem porozumieć się po angielsku. Zostałem przyjęty do jednej z większych wówczas spółek telekomunikacyjnych w Polsce, pracującej między innymi dla ówczesnej Telekomunikacji Polskiej.
Nie wiedziałem wtedy, że to ogłoszenie otworzy mi drogę do pracy, dzięki której przez kolejne lata przejadę Polskę, trafię do Moskwy i Irlandii, a zwykła drabina przestanie być symbolem wysokości.
Zaczęło się od gazety. Później telekomunikacja zabrała mnie znacznie dalej, niż wtedy mogłem przypuszczać.
Centrale Siemens EWSD - klocki Lego dla dorosłych
Pierwszy etap mojej pracy trwał ponad rok. Budowałem stacjonarne centrale telefoniczne Siemens EWSD. W porównaniu z tym, co miało nadejść później, była to bardzo spokojna robota: pod dachem, w cieple, niemal w papuciach. Lubiłem mówić, że przypominała składanie dużych technicznych klocków Lego.
Szafy, moduły, okablowanie i kolejne połączenia musiały stworzyć działający system. Dziś, w epoce smartfonów i transmisji danych, takie centrale są również świadectwem technologii, na której opierała się telefonia stacjonarna lat 90.


Potem wyszedłem z centrali do abonentów
Kiedy etap budowy central się skończył, trafiłem do działu liniowego. Zakładałem sieci abonenckie i wykonywałem instalacje u klientów. Nadal była to techniczna, konkretna praca, ale już znacznie bardziej ruchliwa. Zamiast jednego obiektu pojawiały się kolejne adresy, przewody i problemy do rozwiązania na miejscu.
I wtedy przyszło zapotrzebowanie na budowę radiolinii. Zostałem wysłany do nowego zadania praktycznie z marszu. Wraz z nim pojawiły się delegacje, nadgodziny, inne pieniądze i zupełnie nowe perspektywy.
Radiolinie otworzyły drzwi do pracy wysokościowej
To był moment przełomowy. Telekomunikacja przestała oznaczać dla mnie wyłącznie pomieszczenia techniczne i instalacje abonenckie. Pojawiły się maszty, wieże, anteny i praca wysoko nad ziemią.
Kiedy pierwszy raz wszedłem naprawdę wysoko, odkryłem coś ważnego: wysokość mnie nie paraliżowała. Czułem się na niej dobrze. Z czasem widok z konstrukcji stał się częścią pracy - niezwykłą, ale codzienną.


Kilkumiesięczny kontrakt w Moskwie
Jednym z pierwszych dużych wyjazdów był kilkumiesięczny kontrakt w Moskwie. Budowałem tam wyposażenie stacji GSM. Tym razem nie musiałem wykonywać typowych prac wysokościowych, ale sam wyjazd był dla mnie kolejnym etapem zawodowej zmiany - inny kraj, inne realia i duży projekt telekomunikacyjny.

Własna firma, GSM, UMTS, 3G i 4G
Później przez wiele lat prowadziłem własną firmę. Pracowałem przede wszystkim przy infrastrukturze telefonii komórkowej. Zmieniały się generacje sieci - GSM, później UMTS, 3G i 4G - ale w terenie nadal liczyły się dokładność, sprawność techniczna i umiejętność poradzenia sobie w miejscu, w którym akurat powstawała albo była modernizowana stacja.
Zwiedziłem w ten sposób praktycznie całą Polskę. Telekomunikacja miała tę niezwykłą cechę, że prowadziła tam, gdzie normalnie nie miałbym żadnego powodu pojechać: do małych miejscowości, zakładów przemysłowych, na dachy, kominy i wieże.


Irlandia - ta sama branża, zupełnie nowe widoki
Kolejnym rozdziałem była Irlandia, gdzie spędziłem kilka lat. Znów pracowałem przy sieciach komórkowych. Dzięki kolejnym zleceniom przejechałem praktycznie całą wyspę. Z perspektywy czasu telekomunikacja była dla mnie nie tylko zawodem. Stała się również nietypowym sposobem podróżowania.
Widziałem miasta i krajobrazy z poziomu dachów, wież i podnośników. To widoki, których nie da się kupić w bilecie turystycznym. Ale praca wysokościowa ma też drugą stronę: nie wybacza pośpiechu i nieuwagi.

Chwile, których się nie zapomina
Przez lata zdarzyło mi się kilka sytuacji, które przypomniały mi, że dobre samopoczucie na wysokości nie oznacza, że można ją lekceważyć. W Limerick poleciałem około trzech metrów w dół na systemie asekuracyjnym. Pomiędzy punktem zaczepienia a mną pojawił się luz na linie - w miejscu, gdzie chwilę wcześniej stała drabina. Kiedy przekroczyłem krawędź dachu, zamiast kontrolowanego obciążenia nastąpił gwałtowny spadek. Asekuracja zadziałała, ale dla wszystkich była to chwila strachu.
Innym razem kończyliśmy budowę stacji i brakowało jednej informacji do dokumentacji: długości jumperów przy antenie. Wsiadłem do podnośnika bez uprzęży, żeby szybko podjechać na górę i podać pomiar koledze drukującemu dokumentację. Chwilę później zabrakło paliwa. Silnik Diesla się zapowietrzył, a ja zostałem w koszu kilka metrów od konstrukcji. Nie wiedzieliśmy wtedy, jak wykorzystać awaryjne opuszczanie.
Po kilku godzinach kolega wszedł na wieżę i zdołał przerzucić do mnie obciążony worek przywiązany do liny. Dzięki temu mogłem wciągnąć uprząż i sprzęt, zabezpieczyć się i zejść na linie. Dzisiaj opowiadam tę historię nie jako przykład brawury, lecz dokładnie odwrotnie. Pośpiech i pominięcie zabezpieczenia potrafią stworzyć problem tam, gdzie miało być tylko szybkie, kilkuminutowe zadanie.
Doświadczenie pomaga, ale nie zastępuje procedur, asekuracji i sprawdzenia sprzętu. Właśnie te sytuacje zapamiętuje się najlepiej.

Najwyżej w karierze - 192 metry
Najwyższym miejscem, na którym pracowałem w swojej telekomunikacyjnej karierze, był komin elektrowni w Jaworznie - około 192 metrów. Drugie miejsce zajmuje Elektrownia Rybnik - około 176 metrów. Z ziemi takie liczby są abstrakcyjne. Dopiero na górze widać, jak ogromna jest różnica między zwykłym dachem a przemysłowym kominem.
Nie traktowałem tego jak zdobywania rekordów. Była robota do wykonania, sprzęt do wniesienia lub zamontowania i trzeba było ją zrobić. Dopiero po latach te wysokości stają się punktami na mapie własnej zawodowej historii.
192 metry w Jaworznie. 176 metrów w Rybniku. Na górze nie myślało się o rekordzie - tylko o robocie.
Jak wyglądała ta praca w latach 90.
Z tamtego okresu zachował się również materiał filmowy. Dziś jest dla mnie czymś więcej niż zwykłym nagraniem - pokazuje sprzęt, ludzi i sposób pracy w telekomunikacji, która od tamtej pory zmieniła się nie do poznania.
Patrząc na te zdjęcia i nagrania po trzydziestu latach, widzę nie tylko dawne urządzenia. Widzę początek drogi, która zaczęła się od papierowego ogłoszenia w gazecie, a zaprowadziła mnie na centrale, maszty, dachy i kominy w kilku krajach.
