Najpierw był dźwięk

Zanim w naszym domu pojawiła się kamera, próbowałem rejestrować świat na tym, co było dostępne. Jako kilkuletni chłopak nagrywałem na magnetofon szpulowy audycję „Piątek z Pankracym”. Mikrofon opierałem o głośnik telewizora Rubin. Nie było żadnego wejścia cyfrowego, żadnego pobierania plików ani możliwości poprawienia nagrania. Jeżeli ktoś wszedł do pokoju albo zaszeleścił, zostawało to na taśmie.

Nagrywałem też własny głos. Czytałem do mikrofonu opowiadania, które już wtedy potrafiłem przeczytać. Później pojawił się magnetofon kasetowy. Z tamtych czasów do dziś zachowała się kaseta z 1991 roku, z pamiętnego zimowiska, podczas którego po raz pierwszy poznałem Justynę. To osobna historia, ale taśma nadal istnieje i przypomina mi, że od zawsze chciałem coś zachowywać.

Archiwalny magnetofon i domowy sprzęt do nagrywania
Domowe początki nagrywania. Zanim pojawiła się kamera, były magnetofony, kasety i eksperymenty z dźwiękiem.

14 kwietnia 1991 roku: pierwsza kamera Philips

W kwietniu 1991 roku rodzice sprowadzili z Holandii kamerę Philips VHS-C. Kosztowała prawdopodobnie kilkaset marek. Dla naszej rodziny był to wtedy poważny zakup, a dla mnie — otwarcie zupełnie nowego świata. Mała kaseta VHS-C pozwalała nagrać obraz i dźwięk, a potem odtworzyć wszystko na telewizorze.

Pierwsze ujęcia powstały w naszym rodzinnym domu na Hugobergu. Na jednym z zachowanych kadrów widać mnie z kamerą i datę 14 kwietnia 1991 roku. Obraz jest miękki, zaszumiony i daleki od dzisiejszej jakości, ale właśnie dlatego jest prawdziwy. To nie stylizacja retro. To autentyczny zapis chwili.

Krzysztof Piegza z kamerą Philips VHS-C 14 kwietnia 1991 roku
14 kwietnia 1991 roku. Pierwsza kamera Philips VHS-C i początek mojego filmowego archiwum.

Wtedy nie wiedziałem jeszcze, że te zwykłe ujęcia po trzydziestu latach staną się dokumentem miejsc, ludzi i codzienności, których już nie ma.

Najpierw dom, potem osiedle, w końcu cały Śląsk

Na początku filmowałem najbliższe otoczenie. Dom, rodzinę, podwórko i widok z Hugobergu. Z czasem kręgi stawały się coraz szersze. Kamera zaczęła wychodzić ze mną na osiedle, a później jeździć do szkoły. Nie szukałem wtedy zabytków ani nie myślałem o tworzeniu archiwum. Nagrywałem to, co było wokół mnie.

Dzisiaj właśnie te kadry są szczególnie cenne. Widać na nich Świętochłowice z początku lat dziewięćdziesiątych: kominy, bloki, stare autobusy, niezabudowane przestrzenie i przemysłowy krajobraz. Części tego widoku już nie ma, inne miejsca zmieniły się nie do poznania.

Archiwalny widok z Hugobergu w Świętochłowicach
Hugoberg i przemysłowe Świętochłowice na początku lat 90.
Młodzi ludzie na tle Świętochłowic w latach 90
Zwykłe spotkanie, które po latach stało się częścią lokalnego archiwum.
Autobus i panorama Świętochłowic z lat 90
Ulica, autobus i krajobraz miasta zapisany na kasecie VHS-C.

Kiedy montaż oznaczał lutownicę

Dziś film można przyciąć, podpisać i opublikować jednym telefonem. Wtedy montaż trzeba było wcześniej zaplanować. Obraz z kamery szedł przewodem do magnetowidu, a dźwięk trzeba było złożyć z kilku źródeł. Używałem przewodów chinch. Jeden kanał prowadziłem do pięciobolcowej wtyczki magnetofonu na piny odpowiadające jednej ze ścieżek, a na drugim kanale znajdował się dźwięk oryginalny albo muzyka puszczana z kasety magnetofonowej.

Końcówki kupowało się w sklepach elektronicznych albo składnicach harcerskich. Potem lutowałem je na stole zwykłą lutownicą. Wszystko należało połączyć, sprawdzić i uruchomić w odpowiedniej kolejności. Często trzeszczało, charczało, któryś styk nie łączył, ale kiedy wreszcie zadziałało, efekt dawał ogromną satysfakcję.

Montaż jednego filmu trwał kilka dni. Nie było przycisku „cofnij”. Jeżeli lektor pomylił się pod koniec, często trzeba było powtarzać cały fragment. Zdarzyło mi się nawet montować kasetę dosłownie: ciąłem taśmę nożyczkami i sklejałem ją od spodu. Dziś brzmi to jak techniczna archeologia, ale właśnie tak uczyłem się opowiadania obrazem.

Analogowy montaż w skrócie

Kamera dostarczała obraz, magnetofon muzykę lub lektora, a magnetowid nagrywał gotową wersję. Każde przejście i każdą zmianę dźwięku wykonywało się w czasie rzeczywistym.

Technikum, filmy na rosyjski i pierwszy reportaż

Pierwszym filmem związanym bezpośrednio z Górnym Śląskiem był reportaż ekologiczny przygotowany wspólnie z kolegami w technikum. Zgłosiliśmy go do wojewódzkiego konkursu ekologicznego w kategorii film i zdobyliśmy pierwsze miejsce. Byliśmy jedynymi uczestnikami w tej kategorii, ale nagroda i tak była dla nas ważna. Sam fakt, że potrafiliśmy stworzyć zamknięty reportaż, był ogromnym doświadczeniem.

Film pokazuje Świętochłowice z początku lat dziewięćdziesiątych. Widać Rawę, staw Kalina i kadry, których dziś nie da się już powtórzyć. To był mój pierwszy prawdziwy reportaż — materiał z tematem, miejscami i próbą powiedzenia czegoś o otoczeniu.

Robiliśmy również filmy na lekcje języka rosyjskiego. Na podstawie czytanek powstawały własne scenki. W jednej z nich Piotr zdawał prawo jazdy i miał stłuczkę. Ja byłem wtedy, delikatnie mówiąc, niezbyt udanym lektorem. Dziś te filmy są zabawne, ale przy okazji zachowały fragmenty dawnej DTŚ, Świętochłowic i domu mojego dziadka przy ulicy Pocztowej 14.

Uczniowie technikum przed szkołą w Chorzowie
Technikum w Chorzowie. Kamera coraz częściej towarzyszyła nam również w szkole.
Uczniowie technikum w pracowni
Szkolne inscenizacje i wspólne filmowanie były częścią naszej codzienności.
Grupa uczniów technikum podczas nagrania
Zdjęcie z pracowni — dziś równie ważne jak same filmy.

Dzisiaj sprzęt mieści się w plecaku

Dziś mam możliwości, o których w 1991 roku nie mogłem nawet marzyć. Używam kamery GoPro Max rejestrującej obraz dookoła, drona DJI Neo, lustrzanki, rejestratora dźwięku, kamery termowizyjnej i telefonu. Dźwięk często nagrywam osobno. Przed publikacją sprawdzam informacje w internecie, żeby nie popełnić gafy — choć czasami i tak się zdarza.

Muzykę do części materiałów również wymyśliłem sam, choć powstała przy pomocy sztucznej inteligencji na podstawie przygotowanych przeze mnie promptów. Kilka takich utworów służy mi jako podkład do dziś.

Sprzęt nie zajmuje wiele miejsca, dlatego GoPro i dron często noszę w plecaku. Zdarza się, że wyjeżdżam spontanicznie, bo coś zwróciło moją uwagę albo pogoda nagle zrobiła się odpowiednia. Odkąd mam drona, sprawdzam prognozy niemal bez przerwy. Mam nawet wrażenie, że od zakupu DJI Neo zaczęło w okolicy częściej wiać.

Nie zawsze po ośmiu godzinach pracy, rozpoczynanej o szóstej rano, entuzjazm o czternastej jest równie duży. Pracuję na pełnym etacie jako elektryk. Dlatego część nagrań odkładam na weekendy, a czasem najlepszy materiał powstaje po prostu telefonem wyjętym z kieszeni.

Dekielek, karta pamięci i przycisk, którego nie nacisnąłem

Przez lata uzbierało się sporo wpadek. Pojechałem kiedyś kilkadziesiąt kilometrów na wesele bez ładowarki. Innym razem karta pamięci uległa awarii i musiałem odzyskiwać materiał. Zdarzało się, że w kluczowym momencie byłem przekonany, że kamera nagrywa, a później okazywało się, że nie nacisnąłem przycisku.

GoPro Max dołożyło własny rozdział. Kilka razy nie zdjąłem dekielka z jednego obiektywu. Z jednej strony kamera rejestrowała wtedy moją twarz, a z drugiej czarny obraz. Człowiek może mieć trzydzieści lat doświadczenia, a i tak przegrać z kawałkiem plastiku.

Takie sytuacje uczą pokory. Jednocześnie pokazują, że sprzęt jest tylko narzędziem. Najważniejsze pozostaje to, czy w odpowiednim momencie zauważy się historię.

Największą nagrodą są wiadomości od ludzi

Jednym z najbardziej zaskakujących wydarzeń było zobaczenie mojego filmu z YouTube w głównym wydaniu „Wiadomości” TVP1 o 19.30. Materiał został wykorzystany w prime time i było to dla mnie ogromne zaskoczenie. Jednak z biegiem czasu zrozumiałem, że największą satysfakcję dają mi nie telewizyjne sekundy, lecz reakcje zwykłych ludzi.

Piszą osoby, które od kilkunastu albo kilkudziesięciu lat nie mieszkają już na Śląsku. Dzięki moim filmom mogą zobaczyć ulicę, podwórko czy budynek związany z dzieciństwem. Czasami proszą, żebym pojechał w konkretną lokalizację i pokazał, jak dziś wygląda. W komentarzach pojawiają się wspomnienia, nazwiska dawnych mieszkańców i historie, których sam wcześniej nie znałem.

Coraz częściej ludzie rozpoznają mnie również na ulicy. Witają się, rozmawiają i podsyłają tematy. Nie zawsze mam czas zrealizować każdy pomysł, ale staram się jak mogę. To dzięki takim spotkaniom strona i kanały przestają być tylko moim archiwum. Stają się wspólną opowieścią mieszkańców.

Historie, które zdążyłem nagrać z tatą

Do najcenniejszych materiałów należą dla mnie rozmowy z tatą. Kilka razy usiedliśmy przed kamerą i rozmawialiśmy o Świętochłowicach, dawnych miejscach i wydarzeniach, które pamiętał. Dzięki temu jego głos i sposób opowiadania pozostały nie tylko w mojej pamięci, lecz także w sieci.

Takie nagrania uświadamiają mi, po co właściwie to wszystko robię. Budynki można sfotografować później, o ile jeszcze stoją. Ludzkich wspomnień nie da się odtworzyć, kiedy zabraknie osoby, która je nosiła. Kamera staje się wtedy czymś więcej niż gadżetem. Jest narzędziem zachowania rodzinnej i lokalnej pamięci.

Patrzę pod nogi i ponad dachy

Nie ma jednej recepty na popularny film. Czasem długo przygotowuję materiał, montuję go i dopracowuję, a oglądalność okazuje się przeciętna. Innym razem film zrobiony spontanicznie osiąga setki tysięcy wyświetleń. Te same nagrania potrafią zupełnie inaczej zachowywać się na Facebooku, TikToku i YouTubie.

Nie nagrywam jednak wyłącznie dla liczb. Robię to dla satysfakcji i dlatego, że naprawdę lubię obserwować świat. Kiedy idę ulicą, rozglądam się. Patrzę pod nogi i nad siebie. Dzięki temu dostrzegam kratkę ściekową, banknot leżący na chodniku, zdobioną elewację albo zupełnie niecodzienną sytuację na balkonie. Czasem kamera przypadkowo rejestruje scenę, której nie dałoby się zaplanować.

Właśnie z takich drobiazgów składa się moje dokumentowanie Śląska. Nie tylko z wielkich zabytków i znanych obiektów, lecz również z codziennych ulic, ludzi, dźwięków i przypadkowych chwil. Pierwsza kamera pokazywała zaledwie fragment tego, co miałem przed sobą. Dzisiejsza GoPro potrafi nagrać wszystko dookoła, a dron pozwala spojrzeć na miasto z góry. Mimo to zasada pozostała ta sama: najpierw trzeba zauważyć, że coś jest warte zachowania.

Od mikrofonu opartego o głośnik Rubina do drona nad Śląskiem zmieniło się prawie wszystko. Nie zmieniła się tylko potrzeba, żeby nacisnąć „nagrywaj”, zanim dana chwila zniknie.

O autorze

Krzysztof Piegza

Od 1991 roku tworzę prywatne archiwum życia, ludzi i miejsc. Dziś dokumentuję Górny Śląsk kamerą, telefonem i dronem, a materiały publikuję w serwisie PIEGZA oraz w mediach społecznościowych.

Poznaj autora projektu