Najpierw widzę otwartą ajnfart
Kiedy spaceruję po Świętochłowicach, Chorzowie, Rudzie Śląskiej, Bytomiu albo innym mieście regionu, zwracam uwagę nie tylko na fronty budynków. Wystarczy, że zobaczę otwartą bramę prowadzącą przez kamienicę albo prześwit między familokami i od razu zaczynam się zastanawiać, co znajduje się po drugiej stronie.
Po śląsku taka brama to ajnfart. Słowo wywodzi się z niemieckiego Einfahrt i oznacza bramę wjazdową lub przejazd prowadzący na podwórze. Dla kogoś spoza regionu może brzmieć obco, ale tutaj jest częścią codziennej mowy, tak samo jak familok, chlywik czy byfyj.
Nie każda ajnfart jest otwarta. Nie każda zachęca do wejścia. Czasem widzę tylko ciemny tunel z odpadającym tynkiem, przewodami biegnącymi po ścianach i starymi drzwiami do piwnic. Innym razem już z ulicy widać kawałek zieleni, kolorowe doniczki albo stół, przy którym ktoś siedzi. Wtedy ciekawość wygrywa.
Brama wjazdowa lub przejazd przez budynek prowadzący na podwórko. W regionalnych słownikach spotyka się również zapis „ańfart”.
Od ulicy kamienica może być szara i niepozorna. Za ajnfart czasami zaczyna się zupełnie inny świat.
Cegła obok wypielęgnowanego mini ogrodu
Najbardziej fascynują mnie kontrasty. Ciemna cegła, stary tynk, popękana ściana i tuż obok niewielki ogródek, o który ktoś dba codziennie. Kilka metrów kwadratowych wystarcza, żeby powstało prywatne miejsce odpoczynku: kwiaty w donicach, rośliny posadzone w ziemi, niski płotek, stolik, krzesła i ozdoby zrobione własnymi rękami.
Czasami jest tam mały dmuchany basen, który w upalny dzień zamienia podwórko w rodzinne mini spa. Czasami stoi telewizor wyniesiony z mieszkania, bo latem życie przenosi się na zewnątrz. Ktoś pije kawę, ktoś naprawia rower, dzieci bawią się kilka kroków dalej, a sąsiedzi rozmawiają o sprawach, które nie trafią do żadnej kroniki miasta.
W takich miejscach szczególnie wyraźnie widać, że zadbana przestrzeń nie zawsze zależy od pieniędzy. Częściej zależy od chęci, pomysłowości i przywiązania do miejsca. Front budynku może od lat czekać na remont, lecz podwórko pokazuje, że mieszkańcom nadal zależy na kawałku wspólnej przestrzeni.
To także zaprzeczenie prostego oceniania ludzi po wyglądzie domu. Z ulicy łatwo powiedzieć: stara, zaniedbana kamienica. Dopiero po wejściu za bramę widać, że ktoś posadził kwiaty, pomalował płotek, ustawił ławkę i stworzył miejsce, w którym sąsiedzi naprawdę chcą przebywać.
Łabędzie z opon i śląska fantazja
Na podwórkach można zobaczyć rzeczy, których nie zaprojektował żaden architekt krajobrazu. W Lipinach, a także w Chorzowie Batorym, widziałem ozdoby wykonane ze starych opon samochodowych. Opony zostały przecięte, odpowiednio wygięte i pomalowane tak, żeby przypominały łabędzie. Dla jednych będzie to zwykła dekoracja z odzysku. Dla mnie jest to znak pomysłowości i potrzeby oswojenia surowej przestrzeni.
Obok takich łabędzi pojawiają się kolorowe płotki, figurki, wiatraczki, doniczki zrobione z nietypowych przedmiotów, stare meble, które dostały drugie życie, oraz rośliny pielęgnowane przez wiele sezonów. Każde podwórko wygląda inaczej, bo nie jest urządzone według katalogu. Powstaje stopniowo, z rzeczy dostępnych pod ręką.
Ta swoboda jest częścią klimatu śląskich podwórek. Tu coś można poprawić, przesunąć, przemalować albo wykorzystać inaczej. Nie musi być idealnie równo. Ważne, że miejsce żyje i że ktoś uważa je za swoje.
„Halo, halo, panie! Co pan tu robi?”
Wchodzenie z kamerą na podwórko nie zawsze pozostaje niezauważone. Czasami ktoś wychyla się z okna, innym razem wychodzi z mieszkania albo podchodzi od strony ogródka. Pierwsze pytanie bywa bardzo bezpośrednie: „Halo, halo, panie! Co pan tu robi?”.
Wtedy się przedstawiam. Mówię, że filmuję zapomniane i mało znane miejsca na Śląsku. Miejsca, które się zmieniają, niszczeją albo za kilka lat mogą już nie istnieć. Wyjaśniam, że nie szukam sensacji, lecz dokumentuję to, co jeszcze można zobaczyć.
Coraz częściej zdarza się, że mieszkańcy mnie rozpoznają. Wiedzą, że pokazuję Świętochłowice, Chorzów i inne śląskie miasta. Pierwsza ostrożność wtedy znika, a rozmowa zaczyna się układać zupełnie inaczej. Ludzie podpowiadają, co jeszcze warto sfilmować. Pokazują dach, który zaczyna się zapadać, stare zabudowania gospodarcze, porzucony pojazd albo detal niewidoczny z ulicy.
Zdarzyło mi się nagrać materiał z panią pracującą w ogródku. Takie spotkania są dla mnie szczególnie wartościowe, bo w jednym kadrze pojawiają się miejsce, człowiek i prawdziwa codzienność. Nie trzeba niczego inscenizować. Wystarczy słuchać.
Najlepsze historie często zaczynają się od nieufnego pytania mieszkańca. Kończą się wskazaniem miejsca, o którym nie wiedział żaden przewodnik.
Podwórko było częścią domu, a nie pustą przestrzenią
Familoki i kolonie robotnicze powstawały głównie przy kopalniach, hutach i innych zakładach przemysłowych. Nie były pojedynczymi domami oderwanymi od otoczenia. Tworzyły całe osiedla, w których mieszkanie, praca, sklep, szkoła i codzienne życie znajdowały się blisko siebie.
Podwórko pełniło kilka funkcji jednocześnie. Było miejscem pracy gospodarczej, spotkań sąsiedzkich i zabawy dzieci. Suszyło się tam pranie, przechowywało opał, reperowało sprzęty, hodowało drobne zwierzęta i uprawiało warzywa. To, co dziś może wyglądać jak zbiór przypadkowych budynków i komórek, dawniej było praktycznym zapleczem domu.
Wiele kolonii robotniczych projektowano razem z ogródkami i zabudowaniami gospodarczymi. Rodziny, które przenosiły się do pracy w przemyśle, nadal chciały mieć możliwość uprawiania warzyw czy trzymania kur. Dawało to dodatkowe zabezpieczenie i pozwalało zachować część wcześniejszego, bardziej wiejskiego sposobu życia.
Dlatego śląskiego podwórka nie da się zrozumieć, patrząc wyłącznie na jego wygląd. Jest ono zapisem zmiany całego regionu: przejścia od wsi do przemysłowego miasta, pracy kolejnych pokoleń i życia skupionego wokół zakładu.
Chlewiki, komórki i wychodki z mojego dzieciństwa
Na wielu podwórkach można jeszcze spotkać małe zabudowania gospodarcze nazywane chlewikami albo po śląsku chlywikami. Dziś rzadko służą do hodowli. Najczęściej są w nich graty, narzędzia, stare meble, części rowerowe i wszystko to, czego szkoda wyrzucić, ale nie ma gdzie trzymać w mieszkaniu.
Coraz więcej chlewików jest zdewastowanych. Dachy się zapadają, drzwi znikają, cegły kruszą się od wilgoci. Z każdym rokiem jest ich mniej, a wraz z nimi znika charakterystyczny układ dawnego podwórka. Dla młodszych mieszkańców mogą być tylko ruiną. Dla starszych są przypomnieniem codzienności, która jeszcze niedawno była zupełnie zwyczajna.
Pamiętam familok przy ulicy Raciborskiej w Chorzowie, w którym kiedyś mieszkałem. Były tam wychodki: w jednej kamienicy na półpiętrze, w drugiej również na półpiętrze, a dodatkowo toaleta znajdowała się na podwórku obok chlewików. Dzisiaj wiele osób nie wyobraża sobie mieszkania bez łazienki i toalety w lokalu. Wtedy wspólne ubikacje były częścią codzienności wielu rodzin.
Nie piszę o tym po to, żeby tworzyć pocztówkę z biedy. To był po prostu inny standard życia. W jednym miejscu spotykały się ciężka praca, ciasne mieszkania, silne sąsiedztwo i przestrzeń wspólna, z której każdy korzystał. Podwórko było przedłużeniem mieszkania.
Prawdziwe życie familoka nie kończyło się na drzwiach mieszkania. Toczyło się na schodach, w ajnfarcie, przy chlewikach i na ławce pod domem.
Nie każde podwórko jest ogrodem
Śląskie podwórka mają również drugie oblicze. Czasami zamiast kwiatów są stosy złomu, rozebrane rowery, stare części samochodowe i rzeczy wyciągnięte ze śmietników. Bywa, że w bramach chowają je ludzie żyjący bardzo skromnie, zbierający puszki, butelki i metale, żeby zdobyć kilka złotych.
Nie chcę nazywać ich tylko „złomiarzami”, jakby to było całe ich życie. Za tym słowem często stoi bieda, bezdomność, choroba albo brak innej możliwości zarobku. Podwórko staje się wtedy magazynem, schronieniem i miejscem sortowania rzeczy znalezionych w mieście.
Są również porzucone samochody i prowizoryczne warsztaty. Na jednym z moich filmów pokazałem starego Żuka pamiętającego czasy PRL. Gdzie indziej widziałem samochody naprawiane niemal pod oknami mieszkań. Garaż, komórka i fragment placu mogą tworzyć niewielki warsztat, który działa od lat.
To wszystko także należy do prawdy o regionie. Nie każde podwórko jest estetyczne. Nie każde jest bezpieczne i zadbane. Jednak nawet chaos mówi coś o mieszkańcach, zmianach społecznych i o tym, jak stare przestrzenie są wykorzystywane dziś.
Dlaczego wyciągam kamerę
Kiedy wchodzę na podwórko i czuję to charakterystyczne „wow”, najczęściej natychmiast wyciągam kamerę. Nie zawsze chodzi o wielki zabytek. Czasami wystarczy zestawienie ceglanej ściany z kwiatami, stary chlewik, niezwykła ozdoba albo człowiek wykonujący codzienną pracę.
Filmuję, ponieważ takie miejsca zmieniają się szybciej, niż nam się wydaje. Jednego dnia stoi stary Żuk, za kilka miesięcy już go nie ma. Dach chlewika zapada się po zimie. Ogródek znika, gdy wyprowadza się osoba, która przez lata o niego dbała. Kamienica zostaje zamknięta, a wejście przez ajnfart zabezpieczone deskami.
Dokumentacja nie zatrzyma tych zmian, ale pozostawi obraz. Za kilka lub kilkanaście lat ktoś może zobaczyć film i przypomnieć sobie własne podwórko, sąsiadów, trzepak, ławkę albo zapach dymu z pieca. Dla mnie właśnie na tym polega sens projektu PIEGZA.
Nie pokazuję tylko reprezentacyjnych rynków i wyremontowanych elewacji. Interesuje mnie zwykły Śląsk: czasem piękny, czasem surowy, czasem zaniedbany, ale prawdziwy. Podwórka są jego najmniej oficjalną i najbardziej ludzką częścią.
Czego nauczyły mnie śląskie podwórka?
Nauczyły mnie, żeby nie oceniać miejsca po pierwszym spojrzeniu. Niepozorna kamienica może kryć zadbany ogród. Brudna brama może prowadzić do przestrzeni, o którą mieszkańcy troszczą się od wielu lat. Z kolei piękna elewacja nie zawsze oznacza, że po drugiej stronie wszystko wygląda równie dobrze.
Nauczyły mnie również, że historia nie składa się wyłącznie z dat, nazwisk i wielkich zakładów. Jest w sposobie, w jaki ktoś ustawił krzesła przed domem. W starym chlywiku, w którym leżą narzędzia po dziadku. W łabędziu wyciętym z opony. W sąsiadce pytającej, po co filmuję jej ogródek.
Dlatego nadal będę zaglądał za otwarte ajnfarty. Nie po to, żeby naruszać czyjąś prywatność, lecz żeby dokumentować przestrzenie widoczne z części wspólnych i rozmawiać z ludźmi, kiedy chcą opowiedzieć swoją historię. Bo właśnie za bramą najczęściej zaczyna się klimat, którego z ulicy nie da się zobaczyć.
Nie wygląd fasady świadczy o ludziach, którzy mieszkają w środku. Prawdziwe życie bardzo często zaczyna się dopiero za ajnfart.
Kontekst i źródła
Osobista część reportażu powstała na podstawie moich wspomnień, spacerów i rozmów z mieszkańcami. Przy objaśnieniu słowa „ajnfart” oraz historii kolonii robotniczych wykorzystałem również materiały językowe i popularyzatorskie:
- Regionalna edukacja na Śląsku Uniwersytetu Śląskiego – hasło „ajnfart”.
- Joanna Furgalińska, Ślónsko godka. Ilustrowany słownik dla Hanysów i Goroli.
- Polskie Radio – rozmowy z Kamilem Iwanickim o familokach i koloniach robotniczych.
- Śląska Organizacja Turystyczna – opracowanie o osiedlach robotniczych Górnego Śląska.
