Kamienice fascynowały mnie od zawsze
Stare budynki interesowały mnie na długo przed tym, zanim zacząłem je regularnie filmować i fotografować. Kiedy mijam kamienicę, nie widzę wyłącznie ściany, okien i dachu. Zastanawiam się, kto ją budował, kto w niej mieszkał, gdzie prowadziła brama i jak wyglądało życie na podwórzu kilkadziesiąt albo sto lat temu.
Być może bierze się to z szacunku do pracy. Doceniam rzeczy wykonane cierpliwie, dokładnie i z pomysłem. W kamienicy widać wysiłek wielu ludzi: murarzy, cieśli, dekarzy, stolarzy, ślusarzy, tynkarzy i zdobników. Każdy z nich zostawił po sobie fragment budynku. Niejednokrotnie wystarczy spojrzeć na nadproże, portal bramy albo układ cegieł, żeby zobaczyć, że ktoś nie chciał jedynie postawić ściany. Chciał nadać jej charakter.
Nowoczesne budownictwo też ma swoje zalety, ale powstaje inaczej. Gotowe elementy przyjeżdżają na plac budowy, kolejne moduły szybko trafiają na swoje miejsce, a później całość przykrywa jednolita elewacja. Dawniej budynek rósł cegła po cegle. Ta różnica jest widoczna nawet po stu latach.
Cegła po cegle, a nie „ciach-ciach” z gotowych płyt
Bloki z wielkiej płyty zawsze fascynowały mnie mniej. Są częścią historii miast i życia wielu ludzi, lecz ich architektura powstawała według innej logiki: szybko, powtarzalnie i możliwie oszczędnie. Kamienice mają więcej indywidualności. Nawet dwa sąsiednie budynki o podobnej wysokości mogą różnić się rytmem okien, kształtem gzymsu, rodzajem cegły, zdobieniem wejścia czy układem podwórza.
Na Górnym Śląsku cegła nie była jedynie materiałem konstrukcyjnym. Tworzyła wzory, obramowania, łuki, uskoki i całe kompozycje elewacji. Odpowiednio wysunięte warstwy dawały cień i głębię, przez co płaska ściana zaczynała żyć. W opracowaniach dotyczących śląskiej architektury ceglanej podkreśla się właśnie plastyczność tego materiału i możliwość budowania światłocieniem. To jedna z przyczyn, dla których stare elewacje tak dobrze wyglądają zarówno w ostrym słońcu, jak i w pochmurny dzień.
Wiek budynku można czasem poczuć bez znajomości dat. Widać go w nierównościach cegieł, wyślizganych stopniach, wielokrotnie malowanych drzwiach i poręczach dotykanych przez kolejne pokolenia. Takich śladów nie da się odtworzyć fabrycznie.
Patrzę tam, gdzie inni nie patrzą
Najbardziej interesują mnie detale. Bramy z ciężkimi skrzydłami, stare klamki, kute kraty, płytki na sieni, schody, balustrady, zdobienia wokół okien i małe symbole umieszczone wysoko na elewacji. Czasami są niemal niewidoczne spod zabrudzeń albo kolejnych warstw farby. Innym razem dopiero nagranie z większym zbliżeniem pokazuje, że nad wejściem znajduje się data, inicjały właściciela lub znak dawnego zakładu.
Właśnie dlatego podczas spaceru często patrzę w górę. Na wysokości wzroku widzimy witryny, reklamy, samochody i współczesne przeróbki parterów. Wyżej budynek bywa znacznie bardziej autentyczny. Zachowują się tam gzymsy, płyciny, płaskorzeźby i ślady pierwotnej kompozycji.
Interesują mnie także obmurowania ram okiennych. Jedne wykonano z cegły o innym odcieniu, inne są tynkowane lub malowane. Zwykłe okno potrafi dzięki temu stać się najważniejszym elementem całej fasady. Kiedy takich okien jest kilkanaście, powstaje rytm charakterystyczny tylko dla danego budynku.
Kamienice oczami elektryka
Na stare budynki patrzę również przez pryzmat zawodu. Przez lata wielokrotnie pracowałem w kamienicach jako elektryk. Widziałem instalacje prowadzone w różnych okresach, dokładane do siebie bez jednego planu, naprawiane doraźnie i rozbudowywane wtedy, kiedy pojawiała się kolejna potrzeba.
W jednej klatce schodowej można czasem odnaleźć kilka epok elektrotechniki. Stare porcelanowe elementy, metalowe rurki, przewody ukryte w tynku, późniejsze korytka, współczesne liczniki i zupełnie nowe zabezpieczenia. Zdarzało mi się patrzeć na taki układ i naprawdę dziwić, że jeszcze działa. Nie jest to zachwyt nad niebezpiecznym rozwiązaniem, lecz świadomość, jak długo budynek był użytkowany i jak wiele razy przystosowywano go do nowych czasów.
Kiedy powstawały najstarsze śląskie kamienice, nikt nie przewidywał dzisiejszej liczby urządzeń elektrycznych. Później dochodziły radia, lodówki, pralki, telewizory, bojlery, kuchenki, komputery i ładowarki. Instalacja, która pierwotnie zasilała kilka lamp, musiała udźwignąć zupełnie inne życie. Dlatego modernizacja starych budynków jest trudna: trzeba pogodzić bezpieczeństwo, wygodę mieszkańców i szacunek dla zabytkowej substancji.
Rozdzielnia, stary dzwonek, porcelanowy izolator albo ślad po przewodzie mogą powiedzieć o zmianach codzienności niemal tyle samo co ozdobny gzyms.
Orzeł z Biadacza i odkrycia, których się nie planuje
Jedno z ostatnich odkryć czekało na mnie na Biadaczu w Chorzowie Batorym. Na elewacji ciemnej kamienicy zauważyłem dziwną figurę przypominającą ptaka. Z poziomu ulicy łatwo ją przeoczyć. Dopiero dokładniejsze przyjrzenie się pokazało sylwetkę orła.
Takie symbole wymagają ostrożności. Sam wygląd detalu nie wystarcza, aby bez dokumentów przypisać mu pewne pochodzenie, konkretny okres czy znaczenie polityczne. Może to być przedwojenny motyw heraldyczny albo dekoracyjny, ale rozstrzygnięcie wymagałoby dostępu do projektu budynku, dawnych fotografii lub dokumentacji konserwatorskiej. Dla mnie najważniejsze było jednak samo odkrycie: detal przetrwał wysoko na fasadzie, podczas gdy na dole przez dziesięciolecia zmieniały się sklepy, mieszkańcy i całe otoczenie.
Właśnie takie chwile napędzają moje poszukiwania. Nie wychodzę z domu z gwarancją, że znajdę coś wyjątkowego. Czasem nagrywam dobrze znaną ulicę i dopiero podczas montażu zauważam napis albo ornament, którego wcześniej nie widziałem.
Podwórka: drugi świat za zaniedbaną elewacją
Kamienica od ulicy pokazuje oficjalną twarz. Prawdziwe życie często zaczyna się dopiero za bramą. Dlatego tak bardzo interesują mnie podwórka. Można tam znaleźć oficyny, komórki, dawne warsztaty, chlewiki, trzepaki, suszące się pranie i prowizoryczne rozwiązania dokładane przez mieszkańców przez wiele lat.
Najbardziej poruszają mnie kontrasty. Z zewnątrz budynek może być szary, odrapany i sprawiać wrażenie całkowicie zaniedbanego. Po przejściu przez bramę pojawia się zadbany ogródek, kwiaty w donicach, przystrzyżone krzewy i miejsce stworzone własnymi rękami przez mieszkańców. Nikt nie czekał na wielką rewitalizację. Ktoś po prostu postanowił zadbać o kilka metrów swojego świata.
Takie miejsca pokazują, że ocena kamienicy wyłącznie po elewacji jest niesprawiedliwa. Za murem nadal mieszkają ludzie, którzy tworzą wspólnotę, pamiętają dawnych sąsiadów i potrafią opowiedzieć historię każdego zakamarka.
Dlaczego jedna cegła jest jasna, a druga niemal czarna?
Podczas nagrań zwracam uwagę na różnice między miejscowościami. W rejonie Chorzowa i przemysłowego centrum Górnego Śląska wiele elewacji jest bardzo ciemnych. W Czechowicach-Dziedzicach można natomiast spotkać budynki sprawiające wrażenie zbudowanych z dużo jaśniejszej, czasem niemal białej cegły.
Nie ma jednego wyjaśnienia pasującego do każdego budynku. Kolor cegły zależy przede wszystkim od składu gliny, obecności związków mineralnych, warunków wypału oraz ewentualnego szkliwienia lub pokrycia powierzchni. Znaczenie miały również lokalne cegielnie i dostępny surowiec. Dlatego cegła z dwóch regionów albo nawet dwóch różnych partii produkcyjnych może mieć odmienny kolor.
Trzeba też odróżnić pierwotną barwę od tego, co zrobił z elewacją czas. Sadza, pył przemysłowy, spaliny, wilgoć i naloty biologiczne potrafią bardzo mocno przyciemnić mur. Ciemna kamienica nie zawsze została zbudowana z „czarnej cegły”. Nierzadko pod warstwą zabrudzeń znajduje się materiał o zupełnie innym odcieniu.
Jasne akcenty bywają natomiast wykonane z cegły glazurowanej. Na śląskich osiedlach patronackich stosowano ją do tworzenia ornamentów i kontrastowych pasów. Dobrym przykładem są familoki w Czerwionce-Leszczynach, gdzie czerwoną cegłę zestawiono z białymi elementami glazurowanymi. To pokazuje, że kolor od początku mógł być świadomą częścią projektu, a nie tylko skutkiem dostępności materiału.
Czerwone, zielone, niebieskie i żółte ramy okienne
Wokół kolorów śląskich okien narosło wiele opowieści. Najbardziej znana mówi, że czerwone ramy kojarzono z rodzinami górniczymi, a zielone z hutniczymi. Takie rozróżnienie jest często przywoływane w publikacjach i opowieściach mieszkańców. Nie oznacza to jednak, że działało wszędzie jak ścisły kod. Kolor mógł zależeć od tradycji konkretnego osiedla, decyzji właściciela zakładu, kolejnego remontu albo po prostu od farby, którą można było zdobyć.
Słyszałem także legendy, według których poszczególne barwy miały odstraszać gołębie, muchy lub komary. To ciekawy element lokalnego folkloru, ale nie znalazłem wiarygodnych dowodów, które pozwalałyby przedstawić takie działanie jako fakt. Warto tę opowieść zachować, lecz uczciwie nazwać ją legendą.
Najważniejsze jest to, że kolorowe ramy i obramowania przełamywały surowość ceglanej ściany. Czerwony, zielony, żółty czy niebieski detal nadawał familokowi własną twarz. Dzisiaj po wymianie stolarki na białe okna z tworzywa wiele elewacji traci ten rytm. Nawet dobra technicznie modernizacja może przypadkiem usunąć fragment lokalnej tożsamości.
Stare napisy, szyldy i ślady po dawnych sklepach
Na murach szukam też napisów. Czasami spod odpadającego tynku wychodzi fragment reklamy. Nad bramą zachowało się nazwisko właściciela, a nad dawną witryną kilka liter po sklepie, zakładzie fryzjerskim, piekarni albo warsztacie. Dla przypadkowego przechodnia to zabrudzenie. Dla mnie jest to początek opowieści.
Staram się odczytywać takie ślady i porównywać je ze starymi fotografiami. Korzystam również z narzędzi cyfrowych i sztucznej inteligencji, aby przygotować wizualną rekonstrukcję nieczytelnego szyldu. Traktuję ją jednak jako próbę odtworzenia wyglądu, a nie dokument historyczny. Rekonstrukcja powinna być wyraźnie opisana, ponieważ algorytm może uzupełnić brakujące fragmenty inaczej, niż wyglądały naprawdę.
Najciekawsze jest to, że jeden napis potrafi uruchomić pamięć mieszkańców. Po publikacji ktoś rozpoznaje nazwisko, przypomina sobie sklep albo pisze, kto pracował w danym lokalu. Wtedy film przestaje być tylko obrazem budynku. Staje się miejscem spotkania wspomnień.
Dlaczego będę nadal filmował śląskie kamienice
Kamienice nie są wieczne. Jedne przechodzą udane remonty, inne tracą detale pod warstwą styropianu, kolejne stoją puste i powoli niszczeją. Czasami znikają całkowicie. Wraz z nimi znika układ podwórza, brama, szyld, stara instalacja i pamięć o ludziach, którzy spędzili tam całe życie.
Nie chodzi mi o udawanie, że dawniej wszystko było lepsze. Stare budynki miewają poważne wady: wilgoć, wysokie koszty ogrzewania, zniszczone instalacje i wieloletnie zaniedbania. Potrzebują mądrych remontów, a mieszkańcy mają prawo do bezpieczeństwa i wygody. Można jednak modernizować tak, aby nie usuwać wszystkiego, co czyni budynek wyjątkowym.
Dlatego dokumentuję kamienice takie, jakie są dzisiaj. Piękne i zaniedbane, odnowione i zapomniane, stojące przy głównych ulicach oraz ukryte na obrzeżach. Filmuję je jako mieszkaniec Śląska, pasjonat historii i elektryk, który niejedną z nich poznał również od środka.
Za kilka lub kilkanaście lat część tych miejsc będzie wyglądać inaczej. Niektórych już nie będzie. Zostaną nagrania, zdjęcia i opowieści mieszkańców. I właśnie po to powstaje PIEGZA.PL.
Źródła i sposób weryfikacji
Tekst opiera się przede wszystkim na moich obserwacjach i doświadczeniu zawodowym. Informacje techniczne i historyczne sprawdziłem w materiałach poświęconych architekturze ceglanej oraz osiedlom robotniczym. Tam, gdzie funkcjonują różne wersje opowieści, wyraźnie oddzielam potwierdzone informacje od lokalnych legend.
